niedziela, 28 stycznia 2018

2017 - rok zmian

Post publikowany z dużym opóźnieniem.

To już 21 grudnia, a ja jeszcze nie czuję, że mam za sobą kolejny rok i zaraz będzie 2018. Tyle się wydarzyło...

Wypiłam kawkę około 18 i trochę mnie nosi. Planowałam, że będę podsumowywać troszkę później, ale skoro nie mogę spać, to zacznę dziś.

Tylko od czego zacząć? Od nogi? Musicalu? Odnowionych znajomości? Pisania? Dużo tego i trochę się wzruszam. Ale to dobre wzruszenie, takie stanowczo na miejscu i potrzebne.

Czasem mam dziwne wrażenie... Łapię schizy, że zaraz coś się zepsuje, skoro tak dobrze idzie. A przecież szło nie bez wysiłku, potu i łez. To, że się poszczęściło mogę przypisywać jedynie sile wyższej, Bogu, którego i tak zaniedbuję. A jednak, ktoś tam chyba o mnie dba.

Rok pełen zawirowań. Zmiana pracy, operacja, powrót do życia zawodowego i zdrowia. To może od początku?

Jest kwiecień. Na blogu pojawia się post pt. "Upierdliwe", o moim bólu. Bólu spowodowanym zniszczeniem stawu biodrowego. Było nieciekawie i co gorsza, trochę traciłam nadzieję, że będzie kiedyś nie bolało. Nie mogłam normalnie funkcjonować, chodzić dłużej niż 10 minut, o bieganiu albo tańczeniu mogłam zapomnieć. Od kilku miesięcy szukałam rozwiązania problemu, chodziłam na rehabilitację, która nie przynosiła długotrwałych rezultatów, bo w sumie nie miała prawa przy tak zniszczonym stawie...
Aż w końcu trafiłam na panią doktor, która powiedziała mi o człowieku, który przeprowadza w Otwocku dosyć poważne operacje, które ratują biodra. W moim przypadku to była jedyna alternatywa do sztucznego stawu biodrowego. Do Profesora udałam się w grudniu, popatrzył na zdjęcie, przebadał i zaproponował dwa terminy - marzec lub czerwiec 2017. Wybrałam czerwiec, choć nie byłam pewna jak będzie z pracą - w czerwcu mieli likwidować mój dział. Liczyłam, że jednak przedłużę moją umowę na innym stanowisku choć nie byłam pewna czy w ogóle chce zostawać. Poprzednia praca dosyć mocno mnie zdemotywowała, z różnych powodów. Ból nasilał się, a ja próbowałam wszelkich sposobów na uniknięcie operacji, która wyłączałaby mnie na 4 miesiące z życia. Dzwoniąc w maju do szpitala dowiedziałam się, że terminy mogą się przedłużyć i że mam spokojnie czekać na telefon. Byłam bliska rozstroju nerwowego, bo praca mnie dołowała, bałam się zostawać by nie trafić znów na coś kiepskiego, ale w końcu przeniosłam się do innego działu. Skoro i tak operacja przesunie się w czasie to muszę pracować, by mieć co do garnka włożyć...
I tak 4 dni po rozpoczęciu pracy w nowym dziale zadzwonili z Otwocka. Wyobraźcie sobie moją minę, kiedy musiałam poinformować o tym moją przełożoną, wiązało się to z długą nieobecnością, więc bardzo bałam się co teraz będzie. Na szczęście trafiłam na troskliwą i wyrozumiałą osobę, co wzrusza mnie niesamowicie za każdym razem jak o tym pomyślę...

I poszłam do szpitala. Przyjęto mnie 11 lipca, połamali mi miednicę w dwóch miejscach, by główka kości lepiej siedziała w stawie, wstawili 3 śruby i wypisali po 11 dniach do domu. Nie mogłam ruszać nogą, miałam mieć ją bezwładną i ciągać lekko za sobą, bo mięsień, który był odjęty (lub inaczej odklejony od miejsca przyczepu) musiał się znów przyczepić. Rodzice, którzy zajęli się mną w tym czasie całkiem nieźle to znieśli, ale nie obyło się bez kłótni, tylko i wyłącznie z mojej winy. Kiedy pomyślę sobie o mojej mamie, która pomaga mi nawet w tych najbardziej gównianych momentach to płaczę. Tata, z odpowiednią dla siebie dozą nerwów na zasadzie odruchu obronnego, również był do rany przyłóż.

Spędziłam 5 tygodni w domu, poruszając się o dwóch kulach, mając mnóstwo wolnego czasu i mało siły na cokolwiek. Mimo, że byłam w domu z rodziną to tęskno mi było do Krakowa, musicalowych ludzi i życia. Byłam tylko ja, mama, tata i nasz dom, ogródek, w którym siedziałam popołudniami - krótko, bo dupa bolała... no i nasz jamnik. Jak teraz o tym pomyślę, to zyskałam tam całkiem dużo cierpliwości. Potem ogarnęłam, że to po prostu brak siły, bo wszystko szło w gojenie się rany. Po dwóch miesiącach już o jednej kuli wróciłam do Krakowa. Nadal miałam zwolnienie lekarskie, ale chodziłam na rehabilitację do Kuby, który okazał się super przyjacielem i pokrewną duszą. Zaczęłam też chodzić nieśmiało na próby do musicalu i ćwiczyć śpiew, by zacząć wracać do formy. Tak minęło mi 3 i pół miesiąca zwolnienia lekarskiego. Na samym końcu wróciłam na kontrolę do Otwocka - sama pociągiem, bez kuli. Było to trochę głupie, bo noga mnie potem bolala... jednak miednica potrzebuje trochę czasu na ogarnięcie się.

Po miesiącach bólu, niepewności, wielu momentach zwątpienia i tracenia nadziei pierwszy raz mogę powiedzieć, że noga w porządku.

To takie proste, móc chodzić bez bólu, dla mnie oznacza to nowe życie. Nie zrozumie tego ten, kto nigdy tego nie przeżył.

W czerwcu również zaczęliśmy w pracy przygotowania do następnej edycji Musicalu. Dostałam rolę, piosenkę i miesiąc później poszłam do szpitala na operację, w niepewności, czy uda się ją w ogóle zaśpiewać w grudniu. W końcu nie byłam pewna ile zajmie mi rehabilitacja. Szykowałam się, że we wrześniu uda mi się zaśpiewać coś na XX leciu naszej firmy, jako pokaz sekcji musicalowej, ale nici z tego - o dwóch kulach na scenie - nie było o tym mowy.

Kiedy wracałam na próby byłam mocno zestresowana, czy jestem w stanie wyśpiewać moją piosenkę - szybkie tempo, dużo tekstu, na granicy rejestrów... Było dużo oczekiwań, powrót do pracy również w pewnym sensie wytrącił mnie z równowagi - nie pracowałam 3 i pół miesiąca i byłam zdezorientowana. Moja rutyna chodzenia na rehabilitację i spania 9 godzin musiała pójść w zapomnienie. Doszła do tego zmiana pór roku, zimno i plucha oraz wyczerpujące próby... momentami było nieciekawie. Robiłam to, co chciałam, ale wiedziałam, że nie ma w tym zupełnie balansu, czasu na odpoczynek. Na pewno nie na tyle odpoczynku jak na kogoś, kto spędził lipiec i sierpień w kulach, nie ruszając się dalej niż na spacer za wieś z psem, kuśtykając. Wiedziałam, że końcówka roku będzie bardzo intensywna, ale nie mogłam w żaden sposób się do niej przygotować.

Nagromadzenie się tych tematów, różnych emocjonalnych jazd oraz robienie jeszcze swojej piosenki mocno nadszarpnęło moją młodością. Bo w sumie zauważyłam, że to nie jest już takie łatwe, zregenerować się w ciągu jednego dnia. Tak jakbym już nie miała 20 lat, tylko 7 więcej. I nadal czuję się bardzo młodo, bo to zdecydowanie starość nie jest, tylko jakoś ta regeneracja faktycznie już tak łatwo nie przychodzi. Muszę na to uważać.

Koniec końców... musical miał swoją premierę w poniedziałek. Występ mieliśmy też we wtorek, dziś jest czwartek. Nie mogę przypomnieć sobie co robiłam w te dwa dni, były za intensywne. Już nie denerwowałam się tak jak przed Dingo, ale też nie czułam się tak jak podczas Dingo - nie miałam uczucia czystego carpe diem. Może moje myśli skierowane za bardzo były na rozkminy emocjonalne, które obecnie miewam, albo już po prostu jestem bardziej doświadczona? Był z tego wielki fun, ale jak to mówią - pierwszy raz jest tylko raz. Jeszcze dwa występy przed nami - tym razem będzie moja rodzina, więc też inaczej będę odbierała te styczniowe spektakle. I tak tato - będę skakać, bo mam już przecież naprawioną nogę!

Spotkała mnie też jeszcze jedna rzecz, mianowicie zmęczenie muzyką. Nigdy, przenigdy nie sądziłam, że muzyka będzie sprawiać mi fizycznie nieprzyjemność. Czułam ciśnienie na jakość mojej piosenki, dużo znaków stop i 'nie potrafię' pojawiło mi się w głowie. Musiałam fizycznie odciąć się od wszystkiego - Krakowa, muzyki, myśli o musicalu. Wyjechaliśmy do Bukowiny - pomogło. Było jedzenie, ciepłe ramię oraz wspaniałe widoki. Zregenerowałam się i przestałam bać. Postanowiłam, że skoro ja tam będę stać to zrobię to po swojemu i tak było. Jestem zadowolona z rezultatów. Kolejna lekcja do zapisania w zeszyciku.

Ten rok obfitował również w różne zwroty akcji. Mam na myśli odnowienie niektórych znajomości. Po części spędzały mi one sen z powiek, z drugiej strony wyłączyłam niektóre myśli, by nie mieć poczucia winy, które prześladowało mnie w dzieciństwie z niewiadomych powodów. Dużo rzeczy się wyjaśniło i może nie było to bezbolesne, ale na pewno pomogło obu stronom. Bardzo się z tego cieszę i super było wiedzieć, że mam kogoś bardzo bliskiego na widowni i że chciało jej się przyjść. To bardzo pocieszające, wiedzieć, że może niektórych rzeczy nie można zmienić, ale większość tak... i ta świadomość mocno krzepi.

C.d.n.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz