niedziela, 16 kwietnia 2017

Moje tempo

Miałam taki okres w życiu, że myślałam, że mój najlepszy czas już minął.

Człowiek jest głupi. 


W przerwie od musicali bardzo mocno odpoczywałam. Niedługo znów zaczną się próby, więc więcej czynników będzie ze mnie wyciągało energię, ale do tej pory korzystałam z wolności pełną parą. Czytałam, pisałam, śpiewałam sobie pod nosem. Sądziłam, że dawno pozamykałam sobie niektóre kanały w głowie, a jednak. Otwierają się szerzej za każdym razem, kiedy w nie patrzę.



Zewsząd wbijają nam do głowy, że trzeba coś osiągnąć. I to koniecznie już! A jak masz blisko trzydziestki, to już jesteś za stary, żeby cokolwiek zrobić fajnego. I że w ogóle się już nie nadajesz do tworzenia, bycia wokalistą czy malarzem. W ogóle to kładź się i umieraj, staruchu!

Hmmm, na pewno jest w tym kropelka prawdy, bo ciężko sobie wyobrazić, żebym teraz została pianistką z repertuarem klasycznym albo akrobatką. Poza fizycznymi ograniczeniami, właściwie stopuje mnie też (albo tylko) czas i to, że muszę zarabiać na życie... no i nie mogę jeszcze tego obejść.

Pamiętam, że jak byłam mała, byłam strasznie zazdrosna o dzieci, które grają w filmach, albo śpiewają. Niestety to uczucie towarzyszy mi do dziś i po prostu się z nim oswoiłam... zazdrościłam im tego, że mają szansę, że rodzice ich wspierają, kopią po tyłku by wznosiły się wyżej. Tego bardzo mi brakowało. Teraz mam już to przepracowane, ale kiedyś robiłam straszne wyrzuty sumienia moim rodzicom. Oczywiście nie jest tak, że teraz podchodzę do wszystkiego z dojrzałością i ta zazdrość się nie pojawia... no, ale przynajmniej wiem, że nie mogę się jej poddawać. A może właśnie dobrze, że miałam przeciętne, spokojne dzieciństwo?

Bo ja mam własne tempo.


I to jest to, co mnie uratowało przed zgorzknieniem. Wiecie, bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę obwiniania kogoś za miejsce, w którym się jest. Bo to nawet nie chodzi o niepowodzenia, ale o zganianie odpowiedzialności za siebie na innych. Jestem dorosła, sama mogę o sobie decydować i robię to z pełną odpowiedzialnością. Czasami coś mnie wkurza, bo nie idzie, ale w większości się układa. Zauważyłam, że przez ostatnie 1,5 roku pojawiają się przede mną małe i większe okazje. Może nie naraz, może nie ogromne, ale nadal szanse na popchnięcie pewnych spraw do przodu. I to jest naprawdę zajebiste. Nawet te rzeczy, które nie wyszły czegoś mnie nauczyły. Nieudane związki, ludzie którzy mnie wystawili... to wszystko przyniosło w dłuższym rozrachunku dobre rzeczy.

Jestem spokojna, bo wiem, że sobie poradzę. Muszę mieć tylko zdrowie i trochę szczęścia. Wiem, że długa praca na sukces czy miejsce, w którym chce być przyniesie mi balans. Może nie ma się co spieszyć ze sławą, wielkimi pieniędzmi czy po prostu, dojściem do celu? Łatwo można stracić smak wygranej. A przecież to droga ma się bardziej liczyć, nie miejsce docelowe.

Zostawiam Was z moimi wnioskami, może któreś z Was ma podobne przemyślenia?

Bessoss,
Ania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz