sobota, 25 marca 2017

Balans

Dziś krótko o pracy.
Pracuję na etacie już ponad 2 lata. Nie wiem kiedy to minęło i szczerze mówiąc, powoduje to u mnie pewien dyskomfort. To przyzwyczajenie do stałego dochodu, rutyna dnia, tygodnia, miesiąca... Wygoda, poczucie bezpieczeństwa. Źle się do czegoś takiego przyzwyczajać, jak coś się stanie to spadnę z wygodnego fotela prosto na twarz i powybijam zęby. 

Ma to również dużo pozytywnych aspektów. Zauważyłam, że powiedzenie "Rome wasn't build in a day" jest prawdą - czyli, że doświadczenie, dłubanie w jednej rzeczy przez dłuższy czas pozwala naprawdę dużo się nauczyć. Przynosi też cierpliwość, umiejętność radzenia sobie ze stresem i możliwość spojrzenia na problem z innej perspektywy. Nie jest trudno powiedzieć, że będzie się świetnym strategiem, business woman czy muzykiem. Trochę trudniej jest faktycznie taką osobą zostać, bo na to potrzeba czasu i doświadczenia.

Ostatnio, kiedy miałam mniej pracy i pojawiałam się tam rzadziej zaczęłam doceniać to, że można gdzieś iść, trochę popracować, potrudzić się i wyjść zmęczonym do domu. To taka higiena umysłu, wkładać ręce w coś trudnego, brudnego i z reguły nieprzyjemnego, by odciągnąć myśli od życiowych rozkmin i bolączek. Zajmujesz się ciężkim (lub nieciężkim) zarabianiem pieniędzy na chleb powszedni i to musi boleć i godzisz się z tym.

Może to abstrakcyjne, co napisałam, ale długo chciałam zarabiać na życie poprzez blog i zajmowanie się przyjemnymi rzeczami. Kiedy coś mi nie szło i z założenia przyjemne rzeczy zaczęły mi sprawiać trudność lub mnie martwiły to łatwo się zniechęcałam i traciłam całą zabawę... Nie wiem jak mają twórcy, którzy ze swojej pasji uczynili pracę, ale ja chyba muszę jeszcze trochę dorosnąć do takiego modelu, więcej się nauczyć. A tak to idę do pracy, wiem, że tam jestem bo jest konkretny cel (pieniądze na chleb i sushi i lekcje śpiewu) do zrealizowania i już jakoś mniej boli.
Pewnie ten problem jest bardziej złożony, czyli, ze wychodzenie do pracy wiąże się też ze spotkaniem ludzi, których lubię, ubraniem się ładnie i pomalowaniem i generalnie wyjściem z kołdrowej jamy, w której dostaję lenia i depresji i przez to to lubię.

To jest w sumie tak jak ze sprzątaniem. Trzeba się spocić, paść na kolana, wypastować parkiet, żeby móc spokojnie potem sobie z satysfakcją usiąść na tyłku po 3 godzinach harówy.

Jakże to będzie głębokie, ale... dobrze, że jest praca!

Bessos,
Ania

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz