niedziela, 15 maja 2016

Co słychać?

Jest sobotni poranek, Kraków tonie w deszczu. Spałam dziś niespokojnie, chyba denerwuje się środową delegacją z pracy. W środę wyjazd, pobyt do soboty, w poprzedzający poniedziałek zajęcia indywidualne, wtorek próba do 'Ery Wodnika', którą gramy w czerwcu. Niestety przez wyjazd ominie mnie próba do musicalu charytatywnego w pracy.

Piękna łąka pod Górami Świętokrzyskimi. 


Leśnicza budka obserwatorska, do której zawsze chciałam wejść.
W środku pająki i widok na okolicę z góry.

Przez ostatnie miesiące
rozkład mojego tygodnia zaczynał się mocnym uderzeniem, które trwało od poniedziałku do środy - wychodziłam z domu przed 7.00, wracałam po 21.00. Czas po pracy wypełniony był śpiewaniem i wracałam zazwyczaj zmęczona jak przysłowiowy koń po westernie. Ale warto! Warto podejmować ten wysiłek. Śpiewa mi się coraz lżej, i przez to sprawia mi to coraz większą satysfakcję. Wydaje mi się, że natrafiłam nawet na repertuar, w którym mogłabym brzmieć dobrze, rozwijać się w nim i z nim. Co prawda ruszałabym klasyki soulu i bluesa, a wykonywanie klasyki zawsze niesie ze sobą ryzyko, że spadnę z tego 'konia' i złamię kark, ale wydaje mi się, że i tak nie mam nic do stracenia.

Moja przygoda ze śpiewem solowym trwa dopiero 9 miesięcy, a już tak bardzo wniknęła mi w duszę i ciało, że chyba nigdy się od tego pragnienia nie uwolnię. Moi rodzice dosyć sceptycznie patrzą na moje poczynania, co boli mnie niesłychanie, ale tłumaczę to sobie, że to oznaka niepokoju co do mojej przyszłości. Jeszcze nie przyjmują do wiadomości, że bez tego uschłabym jak niepodlewana paprotka. Całe życie próbowali nieświadomie wyplenić moje artystyczne zamiłowania, bo przecież z tego nie ma pewnego pieniądza. No cóż, po niewykorzystanym muzycznie dzieciństwie Ania dorosła i zaczęła sama kierować swoim czasem. Nie mam im niczego za złe, raczej smuci mnie brak zainteresowania tą sferą mojego życia. Ale rodzice dla dzieci są jak dzieci dla rodziców - ciężko ich zmienić, i w sumie ok, nic nie mogę na to poradzić.

Im dalej w las, tym więcej drzew.

Zorientowałam się właśnie, że choć czerpię ze śpiewania niesłychaną energię to po części wysysa mnie to z weny pisarskiej. Nie będę tego kategoryzować jako złe czy dobre, po prostu tak jest. To znaczy, dla mnie nie jest to bardzo istotne, bo i tak bilans u mnie jest dodatni, ale może Was stawia to trochę w sytuacji pod tytułem "Trzy miesiące bez posta'. No to teraz już wiecie, z czego to wynika.

Przez 'zalatanie' i zmęczenie materiału (śpiewanie to przecież wysiłek fizyczny, a łączenie tego z siedzącym etatem to zło) bardziej doceniam weekendy, w których nie muszę nic robić, nie muszę nikogo spotykać. W sumie trochę nawet odizolowałam się od przyjaciół i nieswojo mi z tego powodu. Może po prostu potrzebuję czasu, by naładować akumulatory, bo w tym momencie dużo siebie daje innym i dla tych najważniejszych i dosyć wymagających nie zostaje już wiele? 

Tak szukam ciszy.
Pod koniec 6 godzinnego spaceru włączyło mi się śpiewanie.
Czasem nawet mam momenty, kiedy pragnę ciszy. Muzyka jest wszędzie, czuję się trochę jak na haju i muszę przestać na kilka godzin. Po krótkim odpoczynku jednak znowu zaczynam coś nucić i historia zaczyna się od nowa. To jest jak jakaś inwazja obcych, wylewa się każdym pęknięciem skóry i zalewa mnie, oblepia lepką pachnącą muzyczną papką. Uwielbiam to i wcale nie chce się z tego wyplątywać, daję się ponieść i to jest właśnie cudowne. 












1 komentarz:

  1. "Ale rodzice dla dzieci są jak dzieci dla rodziców - ciężko ich zmienić."

    Prawda, prawda!

    OdpowiedzUsuń