niedziela, 3 stycznia 2016

Mówię NIE kredytowi - dlaczego?

Ostatnio odwiedzałam swoją ponad 80 letnią babcię i tak się zdarzyło, że był tam też mój wuj. Rozmowa odbywała się standardowo - gdzie pracujesz, gdzie mieszkasz, ile płacisz za wynajem. Mieszkam w Krakowie, więc nie trudno domyślić się, że wynajem jednoosobowego pokoju to dość spory koszt. Wuj strasznie się zdziwił, kiedy wymieniłam kwotę: "A nie lepiej już wziąć kredyt i płacić na swoje niż komuś?"

Posiadanie własnego mieszkania i branie kredytu to bardzo często poruszany temat w gronie moich znajomych. Większość z nich to osoby nie z Krakowa, które przyjechały do tego miasta na studia i zostały by znaleźć dobrą pracę. Taki 'Polish Dream' - uciec ze wsi/małego miasta, skończyć dobre studia, znaleźć dobrze płatną pracę, wyjść za mąż/ożenić się i wziąć kredyt na mieszkanie. Czyż to nie brzmi pięknie? Nie chcę mówić, jak strasznie to dla mnie brzmi i jakim przerażeniem napawa mnie myśl, że moi rówieśnicy czasem nie widzą innej opcji na życie niż ten scenariusz. Ba, czasem traktują go jako spełnienie marzeń, za co z resztą nie mogę nikogo ganić, bo w żaden sposób nie jestem w sytuacji 'młodej pary bez swojego kąta i z chęcią stabilizacji'.

Sytuacja mieszkaniowa w Polsce jest okropna - mało mieszkań, ceny horrendalne, brak przestrzeni, upychanie się po klitkach...ale czy to ma zmusić mnie do zaciągnięcia zobowiązania finansowego na resztę życia i wegetowania w mieście, w którym nie mam nawet dostępu do świeżego powietrza? Dlaczego ludzie tak często nie ogarniają mojej niechęci do tak wielkich zobowiązań finansowych?

Mogłabym mieszkać bliżej Jeziora Czorsztyńskiego!
Nie zrozumcie mnie źle - mam na uwadze beznadziejną sytuację mieszkaniową w Polsce (powstała na ten temat bardzo fajna książka - 13 pięter - warto poczytać) i to, że wiele osób naprawdę nie postrzega kredytu jako czegoś złego. Dla wielu osób jest to jedyna możliwość na spełnienie swojego marzenia o własnym kącie. Szczerze mówiąc to podziwiam takich ludzi za odwagę - bo przecież nie wiadomo, co zdarzy się za 10 lat, czy nadal będę zdrowy, czy sytuacja finansowa w Polsce nie ulegnie gwałtownemu załamaniu i polecę razem z nią. Chcę po prostu przedstawić tutaj moje stanowisko - stanowisko osoby, która nie chce nigdy brać kredytu na mieszkanie. Narażę się pewnie tym na krytykę, więc podkreślam - to tylko i wyłącznie mój pogląd na tą sprawę.

Dlaczego jestem przeciwko kredytowi hipotecznemu?

Jestem w stanie zaplanować swoją przyszłość na najbliższe 5 lat, a nie czterdzieści.
Tak, to główny powód mojej niechęci do brania kredytów - niemożność zapanowania nad tak długim horyzontem czasowym. Nie jestem w stanie przewidzieć co zdarzy się za 10 lat, czy nadal będę cieszyć się dobrym zdrowiem, czy będę mogła pracować. To straszne, jakby sobie o tym pomyśleć, ale zawsze mogę zapaść na jakąś ciężką chorobę, która wgoni mnie do łóżka i obarczy kłopotem zajmowania się mną moją rodzinę. Mając kredyt, spoczywałby na niej nie tylko problem niedołężnej córki/siostry/żony, ale również comiesięczna rata dla banku. Jak dla mnie - sytuacja nie do pomyślenia.



Sytuacja polityczna kraju jest całkowicie nie do przewidzenia, a z nią sytuacja finansowa. Co jeśli system finansowy w kraju załamie się gwałtownie na skutek różnych przyczyn, których nawet nie chcę tutaj wymieniać, bo tak mnie przerażają? Jedyny wpływ na tak złożoną rzecz jak ustrój polityczny mam przy urnie wyborczej i ewentualnie biorąc udział w jakiejś akcji społecznej na rzecz konkretnej sprawy. Możemy oczywiście zakładać, że demokracja będzie trwać i jesteśmy cały czas bezpieczni w naszych domach, ale wolałabym nie musieć się jeszcze martwić zobowiązaniami finansowymi w razie jakiegoś zagrożenia czy kryzysu ekonomicznego.

Własność tymczasowa. Niestety instytucja banku to nie organizacja pomagająca ludziom w potrzebie (jak często banki się promują), ale przedsiębiorstwo nastawione na zysk. Jeżeli tego zysku nie uzyska to nie będzie wahało się by skorzystać z zabezpieczenia, jakim jest mój przytulny kącik. Oczywiście istnieją firmy ubezpieczające kredyt i nie wchodziłam nigdy w szczegóły w jakim stopniu działa to ubezpieczenie, ale suma summarum dopóki nie spłacisz kredytu to dom nie jest Twój w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie wyobrażam sobie sytuacji kiedy jestem już osiedlona w jednym miejscu, moim własnym kącie i, z różnych przyczyn i niepowodzeń losowych, zostaję z niego wysiedlona, bo kredyt nadal nie spłacony. Sic!

A może przeprowadzę się blisko tego miejsca?

Oto główne trzy powody, dla których jestem przeciwko braniu kredytu. To wyłącznie moje zdanie na ten temat i nie mam tu zamiaru nikomu mówić, co powinien zrobić ze swoim życiem. Jest kilka spraw, o których powinnam wspomnieć byście zrozumieli do końca, skąd bierze się moje podejście.

Po pierwsze...

Moja sytuacja nie jest bez wyjścia. Jestem dosyć niezależną kobietą, nie posiadam większych zobowiązań wobec osób nie z mojej rodziny, dlatego mam całkiem spore możliwości wyboru. Mogę mieszkać gdzie chcę, bo nic oprócz pracy i przyjaciół mnie w danym miejscu nie trzyma. Właściwie to cenię sobie możliwość wynajmowania pokoju od kogoś i płacenia za możliwość korzystania z czyjejś własności, bo jeśli zmienią mi się plany życiowe to nie jestem uwiązana do jednego miejsca. Oczywiście wynajem niesie za sobą swoje specyficzne problemy, ale na całe szczęście nie miałam okazji, by tego doświadczyć jakoś bardzo mocno. Oby tak dalej!

Nie jestem typem osoby podejmującej znaczne ryzyko. Argumentów na 'nie' jest jeszcze zbyt wiele i są dla mnie zbyt nieprzewidywalne, by zdecydować się na ryzyko jakie niesie za sobą tak wielkie zobowiązanie finansowe. Po prostu - nie mam zwyczaju podejmować decyzji, które są wbrew mojemu wewnętrznemu doradcy finansowemu. Widywałam przykłady osób, które mając rodziny i kredyt na głowie czasem zatracają się  pogoni za pieniędzmi, nie mając życiowego luzu i nie mówię tutaj o lekkomyślności czy braku odpowiedzialności. Jak śpiewało The Dumplings - spójrz jak ciężko lekko żyć!

Każdy z nas jest dla siebie najlepszym doradcą finansowym. Każdy jest też inny, ma inne potrzeby i zazwyczaj zachęcam, by dążyć do ich zaspokojenia. Ja jestem przeciwniczką brania kredytu, ale kto wie - może zmienię swoje nastawienie, kiedy zmieni mi się sytuacja życiowa. Chcę tylko wytłumaczyć, dlaczego mam taki pogląd na tą sprawę. Mam nadzieję, że każdy z Was umie trzeźwo ocenić, z jakimi decyzjami finansowymi jest mu wygodnie i iść tą drogą i nie dziwić się, kiedy usłyszy inne od swojego zdanie.

Mały bonus do wpisu, czyli artykuły, które kształtowały moją opinię na kwestie mieszkaniowo-kredytowe:

  • Jakosczedzacpieniadze.pl - Michał Szafrański odpowiada na pytania czytelników w temacie "nie chcę brać kredytu"
  • Mieszkacinaczej.wordpress.pl - o tym jak mieszkać inaczej - ciekawe, czy znacie chociaż połowę sposobów na tanie mieszkanie, które przytoczyła tutaj autorka. Blog jest dla mnie kopalnią inspiracji, więc serdecznie polecam Wam tam zajrzeć!
  • Jeśli już macie długi i chcecie się z nich wyplątać, to fajny artykuł jest u Michała: klik
  • No dobrze, jeśli myślicie poważnie o kredycie to warto też zajrzeć tutaj by porównać koszty kredytów we frankach i złotówkach.
  • Jestem singielką, ale nie chcę wywalać połowy wypłaty na mieszkanie czyli fajny wpis na mieszkać inaczej.
  • Życie bez kredytu i zmęczenie konsumpcjonizmem stało się dla wielu ludzi zaczynem do szukania alternatyw na mieszkanie, podróżowanie i w efekcie na życie. Planuję post o ekonomi współdzielenia, ale wcześniej tutaj możecie znaleźć kopalnię informacji na temat tego nowego rodzaju ekonomii i wielu inicjatyw . Suuuper! 
Dajcie znać, co Wy sądzicie na temat brania kredytu na miejsce do życia, jestem ciekawa waszych opinii!

Buziak,

A.

2 komentarze:

  1. Ja to widze troszkę inaczej. ;) Jestem na nie małym kredytom. Np. chcesz sobie kupic telewizor, telefon, komputer to sobie uzbieraj i kup. Po co przepłacać i płacić jeszcze %. Niestety, nie jesteśmy sobie od tak zarobić tyle, żeby kupić swoje mieszkanie. Cena mieszkań w Krk to 6-7 tys. zł za metr kwadratowy. Załóżmy, że zarabia się troche powyżej najniższej krajowej 2000 zł czyli na jeden metr kwadratowy pracuje się 3 miesięcy, nie mówiąc o normalnym funkcjonowaniu. Chcesz założyć rodzine, dzieci. Jakoś musisz im zapewnić te godne warunki mieszkaniowe. Nie będziesz się mieściła w klitce jednopokojowej. Wynajęcie mieszkania 2 pokojowego kosztować będzie ponad 2 tysiące. Wole taką kwotę wpłacać na kredyt i mieć szanse, że to mieszkanie będzie kiedyś moje, a nie do kieszeni kogoś innego, kto mi może w każdym momencie wypowiedzieć umowę. Masz swoje mieszkanie na kredycie i robisz z nim co chcesz. Mieszkając u kogoś nie koniecznie. Warto mieć jakiś swój kąt na świecie. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale ładny wpis! I blog. Nie wiedziałem, że masz bloga. Ale fajnie!

    Mam podobne zdanie o kredytach. Moje hobby to przeprowadzki. Tak bardzo je lubię, że nie wyobrażam sobie spędzenia więcej niż roku w jednym mieszkaniu.
    Kredyt mieszkaniowy to niewolnictwo z własnej woli. Musisz więcej pracować, żeby było stać Cię na raty. Trudno zmienić mieszkanie na tańsze. Ciężko się przeprowadzić. Dodatkowo przejmujesz się mieszkaniem. Zaczynasz się o nie troszczyć i dbasz prawie jak o dziecko. A raty z czasem stają się jak alimenty.
    W końcu po 40-stu latach jesteś właścicielem mieszkania. Gratulacje! Jeszcze kilkanaście lat i odejdziesz na łono Abrahama z radością, że spędziłeś 60 lat życia w jednym miejscu.

    No i ciężko przewidzieć, kto będzie mieszkał po sąsiedzku, przez najbliższe 60 lat. Może się okaże, że jakiś perkusista metalowiec wprowadzi się na tym samym piętrze, miesiąc po podpisaniu przez Ciebie umowy. To istny hazard. Można byłoby rozważyć, czy branie kredyty mieszkaniowego, nie podpada pod ustawę hazardową. ;)

    Nie, kredyt mieszkaniowy - to nie dla mnie. Nie jestem aż takim hazardzistą.

    OdpowiedzUsuń