niedziela, 12 lipca 2015

Zakupowy detoks

Kombinatorka miała być blogiem modowym. Odkąd tylko stało się to popularne, pragnęłam blogować na temat mody. Uwielbiałam przeglądanie stylizacji Kasi Tusk, Patiness i Styledigger. To były pierwsze blogi, które zaczęłam regularnie przeglądać. Tak bardzo zazdrościłam (sic!) tym wszystkim dziewczynom nowych ciuchów i zdjęć! Zaczęłam więc działać.

Outfit z początków blogowania; tylko koszulę ze zdjęcia mam do tej pory.
Początki były nieśmiałe - od przeróbek ubrań z ciucholandu, wyszukiwanie perełek, po sesje zdjęciowe w tych wszystkich ubraniach. Uwielbiałam chodzenie 'na ciuchy'
i poszukiwania nowych szmatek do postów. Ubrań robiło się coraz więcej, ale nie przeszkadzało mi to,w końcu tak dobrze się przy tym bawiłam! Niestety ta zabawa pociągała za sobą niezłe koszta - czasem wycieczka do sklepu z używaną odzieżą kosztowała mnie nawet do 100 zł. Jak teraz sobie o tym pomyślę, to była totalna głupota i wyrzucanie pieniędzy w błoto. Nie chodzi o to, że stałam się nagle przeciwniczką zakupów w second handach, bo da się tam znaleźć naprawdę super ubrania...
Po prostu po kilku miesiącach takich zakupów nagle stawałam przed szafą i dosłownie nie miałam się w co ubrać! Sądziłam, że to nigdy mnie nie dotknie, tym bardziej, że swoją garderobę uzupełniałam regularnie.

Po prawie 3 latach blogowania...
dotknął mnie kryzys twórczy. Ciuchów było dużo, ale wiele z nich kupiłam w rozmiarze większym, niż nosiłam, z planem, że uda mi się je przerobić i będą świetne. Kończyło się na tym, że oddawałam je do krawcowej, co przedłużało czas włączenia ich do garderoby, aż w końcu mijała pora roku, kiedy chciałam to nosić. Pieniądze 'włożone na półkę' z niemożliwośćią wyciągnięcia z nich korzyści przez dłuższy czas. Kupowałam również wiele materiałów, z których miałam ambicję uszycia czegoś wystrzałowego, aczkolwiek niezbyt skomplikowanego, ale to również nie dochodziło do skutku. Kolejnym moim grzeszkiem było kupowanie absolutnie wystrzałowych ciuchów (efekt zafascynowana Macademian Girl) których niestety później nie miałam odwagi założyć. Widocznie, kolorowy ptak polskiej mody jest tylko jeden ;)

Również w kwestii basiców - białych tiszertów czy czarnej marynarki - niestety nie dało się ich kupić w second handzie. Przyzwyczajona natomiast do stosunkowo niskich cen, miałam wyrzuty sumienia, by jednorazowo wydać 50 zł na taką koszulkę czy 200 zł na marynarkę w sklepie. To było jak więzienie, serio!

Nastała więc ubraniowa depresja. Patrzyłam na szafę pełną fajnych ciuchów, ale nic do siebie nie pasowało. Miałam też sporą ilość rzeczy 'do przeróbki', co jeszcze bardziej mnie dołowało. W każdej rzeczy było coś nie tak - a to mała dziurka, a to zła długość, a to krój fajny, ale nie pasujący do mojej sylwetki. Jakaś masakra! Z tego powodu przestałam publikować outfity - wydatki się zwiększały, a dochodów nie było więcej. Ponadto miałam wrażenie, że jeśli nie pokazuję czegoś nowego, to nikogo to nie zainteresuje. Pewnego dnia jednak natrafiłam na super wpis Asi Glogazy. Opowiadał on o zupełnie innym podejściu do mody i zakupów, niż do tej pory miałam. Slow fashion - bo o tym mowa, wydawało mi się wtedy niemożliwe - jak można nie chodzić tak często na zakupy? Jak ja mam prowadzić bloga, nie pokazując nowości? Walczyłam jeszcze jakiś czas z sobą, aż w końcu stwierdziłam, że coś musi się zmienić. Przeszłam na zakupowy detoks.

Po pierwszych, ciężkich decyzjach, związanych z wywaleniem nienoszonych ubrań przyszło poczucie ulgi. Wyzbyłam się ubrań, które zaśmiecały moją szafę i powodowały depresję. W większości były to rozciągnięte, nienoszone przez ponad rok szmaty, więc tym bardziej nie było mi ich żal. Następne były ubrania 'do przeróbki'. Było trochę ciężej, ale popytałam znajomych, czy któreś z nich nie chciałoby przygarnąć tej czy innej rzeczy, która jest dobra i niezniszczona, ale zupełnie w nie moim rozmiarze. Resztę, która nie poszła do znajomych, wyrzuciłam do kosza na odzież używaną. Kolejna ulga... Byłam bardzo zaskoczona, że takie uczucie może towarzyszyć pozbywaniu się niechcianych, zalegających przedmiotów. Niesamowite!

Zdjęcie fragmentu mojej starej garderoby.
Kiedy już zwolniłam większą część mojej małej, ikeowskiej szafy, zostało mi tylko tyle ubrań, by przy porannym wyborze stroju do pracy nie musieć się wahać. Kluczem do sukcesu był ograniczony wybór. I bynajmniej, nie jest to wada! Mając stosunkowo niewiele ubrań, przy czym każda nadaje się od razu do założenia i pasuje do większości rzeczy, jestem w stanie ubrać się w 5 minut. Nie tracę czasu na przemyślenia, co wypadałoby wyprasować albo w czym będzie mi komfortowo. Taka czystka w szafie to również świetny sposób na zweryfikowanie, czego naprawdę mi brakowało - czarnych, prostych spodni, dodatkowych koszul do pracy czy ciepłego swetra na zimę. Wtedy też doceniłam przeceny - marynarka, której nie kupiłabym za 250 zł, przeceniona o 100 zł naprawdę kusi. I satysfakcja z zakupu jest podwójna - mam coś taniej i mam świadomość, że naprawdę będę to nosić.

Takie slow podejście do ubrań, to również sposób na oszczędność. Można się dziwić, jakim sposobem można oszczędzać, wydając stosunkowo więcej na dany ciuch w lepszym sklepie zamiast kupić go w taniej sieciówce. Chyba nie muszę nikogo uświadamiać, że lepsza jakość produktu (oczywiście jeśli cena  idzie w parze z jakością) wiąże się z jego dłuższą żywotnością.

Fragment mojej 'nowej' szafy.
Druga sprawa to nieprzywiązywanie zbytniej wagi do aktualnych trendów. Jeśli dobrze przyjrzeć się temu, co jest teraz modne to można powiedzieć: orientalne printy, geometryczne wzory, festiwalowe boho, casual elegance i wiele, wiele innych, czyli praktycznie wszystko. Marek odzieżowych jest ogrom, a każda z nich prawie z miesiąca na miesiąc oferuje coś nowego. To w ich interesie jest zarazić nas potrzebą posiadania, nad czym pracuje zwykle sztab marketigowców. Ważne, by w tym wszystkim znaleźć coś dla siebie. Stanem idealnym dla mnie jest posiadanie tak skompletowanej garderoby, by nie musieć skupiać się codziennie rano i wymyślać konkretnej stylówki. Znam siebie na tyle, by ocenić, w czym będę czuła się komfortowo i atrakcyjnie, a moja szafa ma mi w tym tylko pomóc. Sztuką jest w obecnych czasach odciąć się od tej gonitwy szybkiej mody i pozostać wiernym swojemu stylowi.

Trzecia i kluczowa tutaj sprawa to walka ze zbytnim skupianiem się nad rzeczami materialnymi. Może brzmi to górnolotnie, ale zadaj sobie pytanie ile w zeszłym miesiącu poświęciłaś czasu na zakupach? 5-10 godzin? Czy nie lepiej poświęcić ten czas rodzinie, przyjaciołom lub mieć go po prostu dla siebie? To nie tylko oszczędność, ale i pewna inwestycja w relacje lub swoje umiejętności. Wykorzystaj to!

Korzyści ze slow fashion jest wiele i zachęcam Was do tego, byście zastanowiły (zastanowili) się, czy czujecie się dobrze ze swoją szafą w stanie obecnym. Dla mnie najważniejszy był święty spokój, który przyszedł wraz z ograniczoną ilością ubrań. Niesamowite, jak można się męczyć z powodu tak, wydawałoby się, niepoważnej rzeczy, jak garderoba!


2 komentarze: