poniedziałek, 6 lipca 2015

Remanent

W zeszłym roku mogliście przeczytać, jak to jestem niezadowolona ze sposobu przygotowywania dzieci do życia zawodowego. Krytyka poszła na system szkolnictwa. Byłam wtedy na fali bluzgania na czas beztroski, który niewątpliwie właśnie wtedy się dla mnie kończył. Byłam wściekła, że szkoła pokazała mi tylko jak przygotować się do spełniania oczekiwań, bycia szczurkiem, który dobrze wykona swoją pracę na ciepłej posadce na etacie.

Tak niewiele potrzeba do szczęścia...
No i stało się to, czym po części wtedy gardziłam.. Jestem na etacie! W korporacji! Zdradziłam swoje ideały.. czy jednak poszłam na łatwiznę?

Szczerze mówiąc, to czytając moje wpisy sprzed roku, mam kaca moralnego, ze pozwoliłam, żeby przemawiała przeze mnie frustracja i lek przed podejmowaniem dorosłych decyzji. Fajnie nie musieć się przejmować przyszłością. Fajnie jest też żyć marzeniami, słyszy się nawet o przypadkach ludzi, którzy zarabiają w ten sposób na życie. To wymaga jednak sporo poświecenia, sprytu i przede wszystkim determinacji.

Poszłam na łatwiznę.. przyznaje się do tego. Nie mam tu jednak na myśli podjęcia pracy na etacie. Łatwizną w moim przypadku była krytyka szkoły, studiów i sposobu, w jaki wychowali mnie rodzice. To była najprostsza rzecz, jaką mogłam wtedy zrobić, przerażona, że mój luz się kończy, że teraz będę musiała żyć na własny rachunek. I co? No i zrobiłam to, co tak bardzo mierzi mnie w innych ludziach...
zrzuciłam winę.

Wracając do sedna... mam sobie ten etat. Od niedawna jest już pewne, że mogę przynieść sobie tam swój kubeczek i buty na zmianę. I powiem Wam, że ogromnie się z tego cieszę. Dlaczego? Bo jestem mega szczęściarą.

Radość z małych rzeczy
Tak wiele osób w moim wieku nie ma takich możliwości jak ja. Pracodawca ma stabilną pozycję na rynku pracy, więc nie budzę się w środku nocy, zlana potem w obawie, że stracę z niezależnych przyczyn pracę. Zaskakujące jest to, jaki luz zyskałam, wiedząc ze nie jestem skazana na żarcie ryżu z cebulą przed wypłatą, bo poprzednia nie starczyła do końca miesiąca. To daje niesamowity komfort psychiczny i jestem za to niezwykle wdzięczna. Mam to szczęście, że pracuję i dbam o to, by wyciągnąć z tego faktu jak najwięcej.

Zawsze wyobrażałam sobie, ze stworze coś swojego - swój biznes, coś, co pozwoli na uwolnienie mojej kreatywności i niezależność. Niestety na deklaracjach się skończyło, zabrakło mi rzeczywistej chęci realizacji. Już nawet nie chodzi o brak pomysłu, bo jeśli ktoś chce być na swoim to będzie przykładowo po prostu handlował czymś w internecie. Życie uczy mnie pokory i dobrze. Łatwo jest się wymądrzać, kiedy niczego się jeszcze nie osiągnęło na poważnie.

Szanuję swoją pracę. Wiem, że nie jest spełnieniem moich marzeń, ale na to jeszcze nadejdzie czas. Dobrze najpierw poznać swoje mocne i słabe punkty pracując z doświadczonymi ludźmi. Jeśli tylko będą życzliwi, powiedzą ci co i jak poprawić. A taka sytuacja stwarza wielkie możliwości do nauki i rozwoju.

Miałam okazje przeczytać ostatnio książkę ks. Jacka Stryczka (założyciela stowarzyszenia Wiosna - w ramach którego odbywa się akcja 'Szlachetna Paczka). Książka traktuje głównie o pieniądzach w świetle Ewangelii, ale  jest w niej dużo mądrego słowa o pracy - co powinna znaczyć dla człowieka i  jakie miejsce w jego życiu zajmować. Autor twierdzi, ze praca jest sensem naszego życia. Jak sadzicie? Ja podpisuje się pod tym obiema rekami. Zapytacie 'a jeśli nienawidzę tej pracy'? No cóż, podejrzewam, ze wielu ludzi nie lubi wstawać co rano, biec na 8 godzin by robić coś, co niekoniecznie jest super przyjemne. Przecież to nic fajnego - trzeba się wysilać, dbać o jakość rezultatów, dotrzymywać terminów... Szczerze mówiąc, to nie widziałam jeszcze nikogo, kto z uśmiechem poddaje się ocenie innych. Ale właśnie to znajdziemy w każdym miejscu pracy, w mniejszym czy większym stopniu.

Zdradzę Wam mój sposób na radość z każdego dnia pracy - zmiana stosunku do pracy. Przed podjęciem tej decyzji, przeszłam niezłą depresję. Złościłam się na fakt, że muszę pracować (dziecinne..) To po części uświadomiło mi, ze tkwię w durnym schemacie myślowym, prowadzącym do autodestrucji.

Zaczęłam lubić swoją pracę.

Poszukałam argumentów 'za':  komu pomagam, co jest w niej satysfakcjonujące, dlaczego ważnym jest, by robić to dobrze. Zrobiłam to, ponieważ wierzę, że praca jest częścią mojego życia. Spędzam w niej 1/3 mojego czasu. Wchodzę do biura jako ja, nikt inny. Podpisuje się pod nią własnym nazwiskiem, rozmawiam z klientem jako ja. Wbrew przekonaniu, ze życie dzieli się na osobiste i zawodowe, uważam, że ten podział zupełnie nie ma sensu. Nie można życia podzielić miedzy pracę a prywatę, jest jedno. To czas dzielę. Oczywiście, często przyjmuję 'maski', ale nadal jestem to ja. Nadal tworzę relacje z innymi ludźmi, ulegam emocjom, przynoszę myśli z pracy do domu i z domu do pracy. Czasem jest ich mniej, czasem więcej, ale robię to zawsze.
Mam świadomość, ze praca to część mojego życia, dlatego akceptuje to, co robię i staram się czerpać z tego radość. Ta sama świadomość pozwala mi się od innych rzeczy trzymać z daleka, co tez mi służy.

Nie zrozumcie mnie źle - nadal jestem marzycielką i będę nie raz zmieniać różne aspekty w życiu (w tym pracę), by osiągnąć kilka ważnych dla mnie rzeczy. Nie namawiam Was również, byście przyjmowali dobrą minę do złej gry. Po prostu cieszmy się bardziej z tego co mamy i wyciągajmy ze wszystkiego tyle, ile się da. Zastanówcie się, kiedy następnym razem będziecie narzekać na to, jak bardzo niecierpicie swojej pracy, co tak naprawdę w niej jest złego i skąd się ta nienawiść bierze. Ważne jest, by szukać przyczyn takiego stanu i starać się je zmieniać.

Jak to mawia moja Mama: "Przecież już nie jesteś dzieckiem i umiesz za siebie decydować!"

Przemyślcie to.

Całuję,
A.

1 komentarz:

  1. Praca pociąga za sobą czas, co sie przekłada na prowadzenie bloga. :)

    Gratuluje pracy na etacie, niektórzy mogą o tym tylko pomarzyć. :)

    OdpowiedzUsuń