niedziela, 28 września 2014

Porozmawiajmy o dzieciach


Padło na ważne kwestie. Ważne, bo przyszłościowe.

Każdy, weekendowy przyjazd do domu oznacza sobotnią prasówkę i niedzielny rosół. Jest tak właściwie od kiedy pamiętam. Od kiedy pamiętam też, w domu nie było tematu, jak finansowo przygotować się do dorosłego życia czy jakie podejście powinno cechować człowieka, który chce coś osiągnąć. Nie to, że nie miałam w domu wzorców, po prostu jakoś proza życia codziennego i zmęczenie rodziców zazwyczaj wygrywało nad wszystkim innym. Nieliczne chwile na normalną rozmowę zawsze były czymś zakłócane, i to również wina mojej upartości. Ale z tym rozliczę się kiedy indziej.

Jakiś czas temu natrafiłam na ciekawy artykuł w tygodniku 'Polityka', który jest, prenumerowany przez mojego tatę. Prenumerujemy jeszcze 2 inne tytuły, co prawdopodobnie stanie się również dobrym zwyczajem w mojej rodzinie. W każdym razie tytuł, który mnie zaintrygował, brzmiał: "Czy Twoje dziecko zrobi w życiu karierę". Oczywiście w pierwszym momencie zaświeciła mi się lampka, że przeczytam gotową receptę na zrobienie ze swojego dziecka małego rekina biznesu. Sama chciałabym robić w życiu coś więcej niż praca na etacie, ale na ten moment jeszcze szukam swojej drogi. W każdym razie planowałam dla swojego dziecka świetny trening życiowy jeszcze w szkole. Wiecie, zwiększanie jego szans poprzez posyłanie na kilkanaście zajęć pozaszkolnych, dodatkowe języki itp. Sama w dzieciństwie nie miałam zbyt wielu możliwości na dodatkowe zajęcia, które mogły nauczyć mnie wcześniej pewnych umiejętności i miałam to za złe rodzicom. Byłam zła na miejsce w którym dorastałam, środowisko mnie otaczające, takie głupie ograniczenia jak przykładowo brak komunikacji miejskiej lub chociaż osoby, która mogłaby mnie dowieść do znajomych w lecie w godzinach popołudniowych. Przez tą bezsilność (teraz myślę, że od pewnego wieku była to niezaradność) stałam się zła, wściekła na otaczającą mnie rzeczywistość, i w efekcie  zapragnęłam ucieczki do miasta. Stało się więc, uciekłam. Nie żałuję decyzji. Każde poprzednie wakacje tylko utwierdzały mnie w słuszności moich działań i planów. Wiele razy czułam przez tą ucieczkę źle, bo zmiana moich planów oznaczała również zmianę wielu kwestii w życiu innych osób. Koniec końców, jestem zadowolona i już nie opuszczam głowy, kiedy mówię o moim TERAZ.

Tak więc jestem. Dwadzieścia cztery lata, rocznik 90 - najlepszy rocznik... Moje dzieciństwo, nie doskonałe, ale wciąż nie takie złe.. tak. Właściwie to teraz nic bym nie zmieniła. Po przeczytaniu wspomnianego artykułu, trochę je nawet polubiłam. Wiecie dlaczego?

Współcześni rodzice, wyższa klasa średnia. Pracownicy korporacji, klepiący dane w excelu za pensję powyżej średniej krajowej. Pozornie stać ich na wiele. Są młodzi, mogą uważać się za ludzi sukcesu, ale nadal czują się podle wracając do domu po pracy, w której team menagerowie wyciskają z nich ostatnie intelektualne soki, gdzie każdy dzień wygląda podobnie, aż do mentalnego zgnuśnienia. Mają dom lub mieszkanie z kredytem hipotecznym i jedno lub dwójkę dzieci. Nie mogą pozwolić sobie na brak pracy, bo przecież to ryzyko. A jak bank zabierze nam dom, na który w końcu tak ciężko pracujemy? Za co wyżywimy dzieci, za co poślemy je do szkoły? W ferworze zdarzeń i codzienności, w pędzie za kasą, której są zakładnikami, chcą dla swoich dzieci czegoś innego, lepszego. 'Nam rodzice nie zapewnili możliwości. Gdyby posłali nas na naukę języka, albo dodatkowe zajęcia z matematyki, byłoby inaczej. Bylibyśmy gdzie indziej..' To częste podejście spotykane wśród wyższej klasy średniej koło trzydziestki. Wysyłają więc te swoje biedne pociechy na jazdę konną, floret, klub karate i inne cuda. Nie mówiąc już o korepetycjach z kilku przedmiotów, bo przecież dziecko musi być najlepsze we wszystkim, bo trzeba zapewnić mu szansę na lepszy start. Ale czy na pewno taki rodzic faktycznie ten lepszy start mu zapewnia?

Duża popularność Janusza Korwin Mikke wśród młodych ludzi może wywodzić się z faktu, że my, młodzi, lubimy konkrety. Nie jesteśmy skażeni już wirusem socjalizmu i myśleniem jak za czasów komuny. Widzimy skurwienie władzy, i szczerze mówiąc, nie chcemy się w to bawić. Wiele osób narzeka na brak pracy, na uciążliwość w zakładaniu własnej działalności, na konkurencję. Chcemy zmiany. Radykalnej zmiany, bez zastanowienia się, co tak na prawdę się zmieni. No bo właściwie, czy jak ktoś nie umiał sobie radzić teraz, to czy poradzi sobie, kiedy zmieni się ustrój? Czy dla osoby niezaradnej życiowo ktoś kiedykolwiek stworzył zadowalające warunki rynkowe?

Zastanawiacie się pewnie, jaki jest związek między tymi dwoma akapitami. Wyobraźcie sobie dziecko, któremu rodzic narzuca zajęcia pozaszkolne. Takie dziecko od godziny 16 czy 17 siedzi do wieczora na jakichś korepetycjach czy jeździe konnej. Wraca do domu, odrabia resztką sił zadania domowe i idzie spać, z gotowym planem na dzień następny. Nie nudzi się. Nie ma na to czasu. Czy jest zadowolone? Cóż, to co dla mnie teraz wydaje się atrakcyjne, jak takie zajęcia fizyczne po szkole czy zgłebianie ciekawej dziedziny wiedzy po etacie, dla dziecka, dla którego najefektywniejszą formą rozwijania się i uczenia jest zabawa, wolna od wszelkich ograniczeń poza granicami bezpieczeństwa, może jednak nie być tak fajnym. Przede wszystkim, karmiąc swoje poczucie odpowiedzialności za rozwój dziecka i spełniając swoje niespełnione marzenia i ambicje, rodzic pozbawia go możliwości wyboru. Nie jest ono w stanie ułożyć sobie i zaplanować swoich czynności w ciagu tygodnia, bo cały jego wolny czas jest zajęty. Pozbawia się go również czasu na nudę, która mimo wszystko wprawia umysł dziecka w fazę, która najbardziej sprzyja kreatywności. Ja nudząc się, montowałam sobie filmiki i prezentacje na komputerze, lub, gdy jeszcze go nie miałam, budowałam domek z krzeseł i koca i bawiłam się w nim, zadowolona ze swojej rezydencji... Poruszałam wyobraźnię, miałam wolną przestrzeń.

Bo dzieci, zamiast posyłać na siłę na zajęcia dodatkowe, trzeba nauczyć samodzielnego myślenia.

Dając dziecku wolną rękę i udzielając wskazówek, jak można coś zrobić, można o wiele lepiej przygotować dziecko do życia, niż ucząc go przykładowo jeździć konno. Ok, może w dorosłym życiu nie będzie posiadało tej dosyć elitarnej umiejętności, ale może wykombinuje jak tu by zarobić sobie na takie lekcje w wakacje czy po szkole. Ekstremalne przypadki zapełniania dziecku czasu wolnego prawdopodobnie cechują się również spychaniem na pedagogów obowiązku rozmowy z pociechą o ważnych rzeczach. Bo przecież rodzic zabiegany i nie ma czasu oraz cierpliwości. Czy nie lepiej byłoby usiąść po kolacji do wspólnej gry strategicznej? Czy potłumaczyć dziecku o wadze sporządzania budżetu domowego? Albo pokazać, jak ważne jest posiadanie kilku źródeł dochodu zamiast jednego? Czemu tak rzadko uczy się w domu o pieniądzach? 

Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem totalnym przeciwnikiem wysyłania dziecka na zajęcia dodatkowe. Sama nie mam dzieci, ani nie uważam się za cudownego pedagoga i eksperta w temacie wychowania. Po prostu patrzę na te nasze szkoły, na te denne konwencje społeczne, w których jest więcej nakazów i zakazów niż rozsądku i aż chcę krzyknąć ze złości. No bo czego nie ma teraz w szkole? Na czym opiera się nasze życie? W jakim środowisku się poruszamy? Każdy gdzieś pracuje - w urzędzie, w prywatnym przedsiębiorstwie na etacie, w korpo albo na swoim. Każdy musi się ubezpieczać, płacić składkę na emeryturę czy korzystać z urlopu. Szkoła uczy zawiłości praw fizyki, która niezaprzeczalnie jest jedną z fundamentalnych nauk nas otaczających, a nikt nie pomyśli, że ten genialny fizyk też będzie musiał gdzieś pracować i nikt mu nie powie, jak ma sobie wyliczyć urlop czy wypełnić PITa. Chore, nie? Przecież nie unikniemy podmiotów, które napędzają naszą gospodarkę. Każdy musi gdzieś pracować. Ok, jest przedsiębiorczość w szkole, ale jeszcze chyba nikt, z kim rozmawiałam o tym przedmiocie nie wypowiadał się jakoś super o umiejętnościach, które posiadł. 

Coś musi się zmienić. 

Kiedy będę mieć dzieci, nie chcę aby zostały one wrzucone w młyn nieporadnego systemu edukacji i nauczycieli bez pasji. Rzadko kto ma ten dar, aby wymagać i jednocześnie natchnąć do działania. Nie chcę również, aby moje dziecko dopiero na studiach kierunkowych dowiedziało się, jakie zasady obowiązują w gospodarce i na czym polega przedsiębiorczość. Za dużo pieniędzy marnuje się co dnia przez niewiedzę mas i automatyczne przyzwolenie społeczne do trzymania nas za portfel. 

Niech nasze pokolenie coś zmieni, by tym później nie żyło się gorzej. Niech Ci wszyscy rodzice na etacie, walczący o przyszłość swoich dzieci, nie wychowują sobie następców na etat, pozbawionych zaradności życiowej, co przekłada się na zaradność i niezależność finansową. 

To jest moment na zastanowienie. I początek szerszej dyskusji o tym, czego w szkole nie uczą, a powinni. Może pora to zmienić? Może pora uzmysłowić ludziom, jak ważne jest przygotowanie również z praktycznych umiejętności, których i tak każdy z nas będzie potrzebować? Zastanawiam się nad tą kwestią od dłuższego czasu i chciałabym, abyście i Wy zaczęli. To bardzo ważne. To nasza przyszłość. Potrzeba Wam lepszego powodu? 

***

Poniżej kilka linków do wpisów o podobnej tematyce: Nishka, Babyboom, fajna inicjatywa, kilka wskazówek, i kopalnia tytułów. Jeśli dobrze poszukacie, znajdziecie ich całą masę. I to właśnie pozytywnie mnie nastraja, że jednak coś się w temacie dzieje :)



3 komentarze:

  1. Po pierwsze teraz wiele osób marzy o pracy na etacie, a nie na marnej umowie zleceniu, żeby móc wziąć ten kredyt i kupić ten dom. Zapewnić przyszłość swoim dzieciom. Poza tym nie wydaje się, żeby praca na etacie czegoś w relacjach rodzic dziecko ujmowała. Ważne jest przede wszystkim rozmowa z dzieckiem, a nie monolog. Jak jest się razem już, to jak najlepiej spędzić z dzieckiem ten czas. Dziecko potrzebuje uwagi, więc trzeba mu ją poświęcić. Wiem, że czas jest towarem deficytowym, ale dom ma być domem. Dzieci powinni wiedzieć, że mają rodziców na których mogą liczyć. :) A co do zajęć dodatkowych - jeżeli dziecko samo chce chodzić, to czemu go nie zapisać? Natomiast co do walki o to, żeby dziecko ma być najlepsze i najcudowniejsze.. Ono już takie jest z dniem jego urodzin dla swojej mamy i swojego taty. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację we wszystkim, co piszesz :) I nie piszę tego, żeby się przypodobać, czy załagodzić mój wpis. Chodzi mi o to, że jest wielu ludzi, którzy duszą się w obecnym systemie. Praca na etat - luksus mówisz, i owszem. Społeczeństwo dostało po dupie, bo nie może traktować pracy na godnych warunkach jako standard, tylko jako coś rzadko dostępnego. Po szkole zajęcia wyrównawcze, bo szkoła nie umie nauczyć, czy poczekać i dotłumaczyć dziecku, jak nie nadąża. Mierzenie wszystkich jedną miarą - jak jesteś geniuszem to i tak musisz się wbić w szablon odpowiedzi, bo niestandardowe myślenie jest złe.Jak nie rozumiesz nauczyciela, to jesteś głąb. I jak tu teraz pogodzić tą całą ideologię indywidualizmu, którą tłuką nam zewsząd do głowy z wymaganiami w szkole? Nie wypowiadam się jako przyszła wzorowa matka, ale raczej jako były uczeń i jak dobrze pójdzie, rodzic. Przerysowanie sytuacji z zajęciami dodatkowymi to tylko środek do uzmysłowienia, jakie nieprawidłowości siedzą w naszych głowach, czy głowach osób, które ustalają nasze 'standardy'. Im więcej myślę o tym temacie, tym bardziej widzę, że w poście jest jeszcze wiele nierozwiniętych kwestii. Postaram się te braki uzupełnić w najbliższym czasie...
      Co do pracy na etacie, mogę zrozumieć, że wielu ludziom jest dobrze w takim formacie. Ale przykładowo, można całe życie tak spędzić i nie mieć nic.. tak już mam, że taką pracę uważam tylko za pewien etap w życiu, nie sposób na jego przeżycie. Ale to moje zdanie, a wiadomo, że co człowiek, to opinia. Fajnie byłoby trafić do osób o podobnym nastawieniu. Nie chcę narzucić nikomu mojej opinii, a jeżeli znajdzie się osoba, która się mną przejmie, to widocznie nie jest aż tak pewna swojego podejścia. Najlepiej niech każdy decyduje za siebie.
      Dziękuję w każdym razie za komentarz i zdrowy rozsądek. Wydaje mi się, że potrafisz znaleźć ten złoty środek ;)

      Usuń
  2. Też mam taką cichą nadzieję :)

    OdpowiedzUsuń