poniedziałek, 30 czerwca 2014

Moje studia

Czuję się oszukana. Myślę, że większość moich kolegów i koleżanek z roku czuje się podobnie. Dlaczego?

Pamiętacie sytuacje sprzed 5 lat, kiedy Wasze mamy, babcie, ojcowie i ciocie mówili Wam "Pójdź kochanie na studia, nauczysz się czegoś. Tylko studia gwarantują, że będziesz miał pracę." Z perspektywy czasu - większej głupoty nie słyszałam. 

Mała ankieta o tym, co młodzi ludzie sądzą o studiach, kliknij tutaj.

Ok, w takim wypadku męczysz się te 5 lat, spełniasz marzenie swoich opiekunów, zarywasz noce na nauce (no, może bez takich dramatów) i piszesz heroicznie tą pracę magisterską... po co? Żeby było później co pod rzutnik wsadzić, bo maszyna się chwieje. To autentyczna sytuacja, i niestety, z moją pracą magisterską pewnie będzie podobnie, choć przecież stanowi moją wizytówkę na studiach.

Na rozmowie kwalifikacyjnej do korporacji pytają: jakie studia skończyłeś? Czego one Cię nauczyły? Co umiesz robić? Prawda niestety jest gorzka - moje studia nie nauczyły mnie za wiele, dały tylko szerszą perspektywę spojrzenia na pewne sprawy. Nie umiem po nich raczej nic konkretnego. Wyłączając studentów politechnik i kierunków bardzo technicznych, przeciętny student studiuje, bo goni za utopią i scenariuszem, który nie ma odniesienia do rzeczywistości. 

Ok, skoro mamy jakieś zajęcia przez pół roku, a program jest dosyć zróżnicowany, to nie ma szans na wyćwiczenie pewnych umiejętności, więc to zrozumiałe. Większy problem pojawia się już przy pytaniu: "Jakie doświadczenie posiadasz?" Nie łudźmy się - większość odpowie, że bardzo nikłe, niezwiązane z zawodem czy stanowiskiem, na jakie aplikuje, czy w najgorszym, choć tak częstym razie - żadne. No i błędne koło. GDZIE SENS?

No właśnie, gdzie tutaj jakiś sens? 

Niedawno miałam okazję uczestniczyć w Ogólnopolskim Forum Społeczno - Gospodarczym, organizowanym przez Forum Biznesu. Dwa panele tematyczne dotyczyły społecznej odpowiedzialności biznesu oraz relacji spółdzielczości i samorządów,a działo się to w pięknym Urzędzie Miasta Krakowa. Wydarzenie przyciągnęło wiele osób związanych zarówno z biznesem, jak i samorządami i było bardzo ciekawe, szczególnie panel CSR, w którym uczestniczyłam. Na zakończenie przygotowano sesję wspólną, traktującą o szansach i problemach zrównoważonego rozwoju. Dlaczego o tym mówię? Jednym z tematów poruszanych podczas ostatniej części tego wykładu był właśnie rozwój szkolnictwa wyższego. 

Z wypowiedzi ekspertów w tej dziedzinie wynikało, iż młodzi ludzie niesłusznie pokładają nadzieję w studiach, które nie mają przecież na celu dawanie pracy, a jedynie zgłębianie pewnej dziedziny wiedzy. Czy Wy też jesteście w szoku, czytając to? Czy to się dzieje naprawdę?

Po owej wypowiedzi wywiązała się dyskusja i jej efekty, oraz moje przemyślenia istniejące już dłuższy czas, chcę Wam przedstawić. 

Trzeba zadać sobie pytanie - co jest nie tak?

Mentalność. Zmieńmy myślenie pokolenia starszego, tego mniej wyedukowanego, które z przykładu rówieśników, którzy skończyli studia w latach '80 i '90 wyciąga wnioski, że faktycznie studia bardzo się im opłaciły. Tak, w tamtych czy wcześniejszych czasach skończenie studiów było opłacalną sprawą. Czasy się jednak zmieniły, pamiętajmy o tym.

Programy studiów. Odpowiedzcie sobie na pytanie - ile faktycznie przydatnych rzeczy było Wam wtłaczane do głów (czasem łopatą), a ile mieliście przedmiotów wypełniających luki? To chore, bo przez taki a nie inny system, a jakim działają uniwersytety i jakie wymogi muszą spełniać, by funkcjonować tracimy my - klienci szkół wyższych.

Możliwość zdobycia doświadczenia. Ten punkt jest najważniejszy - czy uniwersytety nie powinny spełniać ważnej funkcji społecznej? Jak ta funkcja powinna do końca wyglądać, skoro teraz jest mało funkcjonalna? Rozumiem ideę rozwoju nauki, awangardowej myśli naukowej, którą pielęgnować mają wykształcone i doskonalące się kadry tych jednostek. W tym jest przyszłość. Zapytajmy jednak, ilu doktorów i profesorów ma wpływ na kształtowanie się nowych idei? Ilu idzie na ten doktorat, by faktycznie wprowadzić jakąś zmianę? Kariera naukowa to odpowiedzialna rzecz, i choć mogę się mylić i z racji niewniknięcia wystarczająco mocno w temat, pisać ogólnikami, to odnoszę wrażenie, że są to tylko nieliczne jednostki. Tak samo dzieje się, jeśli chodzi o współpracę świata nauki z biznesem. A czy właśnie nie temu powinna służyć nauka? Ku ogólnemu rozwojowi i dobrobytowi obywateli? No i jeśli zabierze się, lub źle zinterpretuje tą funkcję, sytuacja wygląda tak, że magistrów się produkuje i ma się ich później w nosie. Później albo i w trakcie. 

Są dwie drogi działania: albo raz na zawsze wybijemy sobie z głowy, że studia dają pracę, a służyć mają tylko poszerzeniu swoich horyzontów, albo dać szansę młodym i wprowadzić obszerne systemy praktyk. Czemu nie poczynić zmian i wyrzucić choćby jeden zbędny w naszym przekonaniu przedmiot, a zastąpić ten czas praktykami w prawdziwym biznesie? Zapewniam, że młodzi ludzie o wiele chętniej szliby na takie studia. Mieliby przede wszystkim choć cień nadziei, że czegoś się nauczą. Byłoby to korzyścią dla wszystkich - dla studenta, dla przedsiębiorcy oraz dla uczelni, która mogłaby w końcu skutecznie wypełniać misję społeczną, godnie przygotowując swojego klienta na zawodu. 

Trzeba również zdać sobie sprawę, ze nie wszystkie kierunki studiów, jak np. politologia czy filozofia stanowią konkretny zawód. Biznes ma to do siebie, że czasem nie wie, że przyda się w firmie osoba z wiedzą politologiczną czy filozoficzną. Oczywiście te dziedziny wiedzy nie będą wykorzystywane w czystej postaci, a jedynie wcielone w ramy konkretnej działalności, ale już ten student będzie wiedział, że nie studiuje czegoś abstrakcyjnego. Zacznie kształtować sobie pojęcie o konkretnym wykorzystaniu swojej wiedzy.

Zmiany te nie są łatwe. Mogę sobie tylko pomarzyć o szybkości ich wprowadzenia. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że mogą minąć lata, zanim system się polepszy. Ale zanim się to stanie, i aby w ogóle się to stało, należy zacząć myśleć i mówić o tym już dziś!

Kto jest ze mną? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz