środa, 27 listopada 2013

1000 codziennych irytacji


Stoję w kolejce w supermarkecie, tłok, każdy się pcha do kasy, ale przybieram minę pokerzysty. Przede mną kobietka z dwójką rozwrzeszczanych dzieci, za mną starszy obleśny pan z wózkiem. Dzieci wyrywają sobie słodycze z rąk, a w międzyczasie molestują mnie wzrokiem. Dziadek za mną przybiera ich sposób rozumowania i również mierzy mnie od stóp do głów. I miele coś niezrozumiałego pod nosem do siebie, mlaskając przy tym wymownie, brutalnie wdzierając się tym dźwiękiem na dno mojej świadomości. Wyjmując zakupy z wózka nie uważa zupełnie i trąca mnie nim po tyłku. Staram się go trochę od siebie odsunąć, używając tej samej części ciała, ale zanim rozpoczynam tą czynność, już wiem, że jest ona bardzo ryzykowna i może zostać odebrana jako zachęta lub potwierdzenie mojej rozpusty wypisanej tak jasno na środku mojego czoła. W końcu o czymś musi sobie ten dziad pod nosem szeptać.



Dzieci drą się niemiłosiernie; w końcu matka starająca się je uspokoić, nie wytrzymuje. Rozumiem ją doskonale, mój poziom cierpliwości już dawno został przekroczony. Daje jednemu i drugiemu po tyłku, co miałoby dobre skutki, gdyby nie to, że bachory teraz zaczynają ryczeć. To nie płacz, to dźwięk startującego F16. Pani na kasie stara się przekrzyczeć wyjącą drobnicę i dyktuje zdesperowanej klientce koszt zakupów. Matka płaci i w końcu moje cierpienia się kończą. Ach, nie, to byłoby zbyt piękne. Dziadek z tyłu już chciałby wyjechać - koń wyrywa się z boksu - i rzuca słowną komendę, żebym się tak nie guzdrała. Czy to moja wina, że kobiecie przede mną piekło zesłało dwoje diabełków? Mężczyzna nie czeka, aż zapakuję zakupy, po zapłaceniu zostaję wypchnięta wspomnianym już wózkiem sprzed kasy. Gdzie ci ludzie na emeryturze się tak spieszą? Ok, mógł biec na Klan, zrozumiałe, ta wartka akcja.

Już wychodzę ze sklepu, kiedy okazuje się, że będę mieć kompana.  Facet idzie w moim kierunku. Szybko komenduję sobie odwrót i wypadam z budynku na świeży smog. Idę do pasów - on za mną, słyszę za sobą mlaskanie. Za pasami to samo i trzy minuty później również. Dobiegam do bloku, wstukuję kod, i okazuje się, że dziadek krzyczy za mną, żebym trzymała drzwi. 'O nie'. Widmo windy potoczyło się echem po moim umyśle jak pusta butelka po betonie. Dobra, jestem dorosła, wytrzymam, przecież obywatelskim obowiązkiem jest znoszenie takich osobników, słabych ogniw w tym ewolucyjnym łańcuchu. Wsiadamy... to najdłuższa minuta w moim życiu. Okazuje się, ze delikwent jest moim sąsiadem. On też jest zaskoczony, choć nie w tym samym sensie co ja. Na odchodne obdarza mnie najbardziej obleśnym z obleśnych uśmiechów, jakie w życiu widziałam. 

Jakaś dziwna prawda głosi, że zakupy to skuteczna terapia poprawiająca humor i lecząca wszelkie bolączki codzienności.
 Po tych przeżyciach, wszem i wobec stwierdzam, że to część spiskowej teorii dziejów. 


Buziaczki,
Zirytowana Kombinatorka
:*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz